Ibuprom | Dla Niepokonanych

X

30000 mil do ołtarza

Moją pasją jest podróżowanie. Moje dotychczasowe doświadczenie to m.in. trzymiesięczną wyprawę "Train to Himalaya" oraz trekingi w Himalajach, Alpach i Atlasie

Głosów: 2053 33 miejsce w rankingu odsłon profilu: 3998
2009-08-12

WOKÓŁ ANNAPURNY

Nepal - ostateczny cel naszej wyprawy "Pociągiem w Himalaje". Kraj równie piękny co zapomniany. Wciśnięty pomiędzy dwóch gigantów - Chiny oraz Indie żyje zgodnie z własnym, powolnym rytmem. Kraj wielkich kontrastów - od ośnieżonych ośmiotysięczników po subtropikalne południe, od zatłoczonych ulic Kathmandu po pustkowia Himalajów. Kraj, w którym piękne krajobrazy oraz życzliwość ludzi z nawiązką wynagradzają wszelkie niedogodności czy braki cywilizacyjne. Kraj tak przyjazny, że aż się nie chce stąd wyjeżdżać.... a już na pewno trzeba tu wrócić. W Nepalu spędziliśmy miesiąc, z czego trzy tygodnie zajął nam trekking wokół Annapurny. Rejon Annapurny jest najbardziej popularnym celem wypraw trekkingowych w Nepalu. Rocznie trasy wokół całego masywu przemierzają dziesiątki tysięcy ludzi w poszukiwaniu własnego Shangri-La. Nic dziwnego, gdyż zapewnia on wszystko w górach jest najpiękniejsze. Trzy tygodnie wędrówki po górskich szlakach od 800 do prawie 5500mnpm. Od tropików po przejmujące zimno, śnieg i wiatr. Niezapomniane widoki, fantastyczni ludzie i dzika przyroda. No i przede wszystkim niesamowite góry. Nasza przygoda zaczęła się w niewielkiej wiosce Besi Sakhar. To tutaj zabrawszy swoje plecaki ruszyliśmy na trasę. Nawet nie pomyśleliśmy o wynajęciu przewodnika czy tragarzy. Jak się później okazało była to decyzja ze wszech miar słuszna, choć zdecydowana większość trekkersów korzysta z usług Nepalczyków. Życie tragarzy w Nepalu jest niezwkle ciężkie. Na specjalnych pasach wieszają na głowie cięzary nawet do kilkudziesięciu kilogramów. Do tego poza samodzielnie przygotowanym śniadaniem gdzieś na trasie dostają tylko jeden posiłek dziennie. I nawet na ten jeden posiłek muszą czekać aż swój obiad skończą wszyscy goście. Tragarze nie płacą za swoje wieczorne dhal-bhat (w tej wersji jest to poprostu ogromna porcja ryzu z odrobiną zupki do polania) ani za nocleg. Jest to ich "nagrodą" za przyprowadzenie gości.

Przez pierwszych kilka dni droga prowadziła przez subtropikalny las. Niesamowity upał i wilgotność powietrza dawały się nam we znaki. Niesamowite wrażenie robiły jednak na nas niezliczone mosty rozwieszone ponad płynącymi w dole strumieniami. Himalaje to prawdziwa kraina wiszących mostów. Codziennie przekraczliśmy po kilka. Większość to nowe stalowe konstrukcje. Ciągle jednak można jeszcze spotkać stare, drewniane, trzeszczące przy każdym niemal kroku. Na całej trasie, ale w szczególności w jej subtropikalnej części mijaliśmy również setki wodospadów. Niektóre z nich, niezwykle widowiskowe, przekraczały 200 metrów wysokości.

Z czasem klimat zaczął się zmieniać z subtropikalnego w zdecydowanie chłodniejszy. Zmieniać zaczęła się rośliność, noce stawały się coraz zimniejsze. Powoli zbliżaliśmy się do kulminacyjnego punktu całego treku - przełęczy Thorung La, położonej na wysokości 5416m n.p.m. Wejście na nią rozpoczęliśmy o 5 rano w zupełnych ciemnościach. Od samego początku szliśmy w śnieżycy i silnym lodowatym wietrze. Góry wokół nas były zupełnie pokryte śniegiem. Na górze było tak przeraźliwie zimno, że już po kilkunastu minutach ruszyliśmy w dół w dalszą drogę. Tym samym znaleźliśmy się już w Mustang. Większa część tej dzikiej i odludnej prowincji jest zamknięta dla turystów. Otwarty jest jedynie szlak wiodący wokół Annapurny.

Po minięciu Thorung La rozpoczyna się kilkudniowe schodzenie w dół. Droga prowadzi tutaj niezwykle malowniczym dnem najgłębszego kanionu świata, pomiędzy dwoma ośmiotysięcznikami - Annapurną i Dhaulagiri. Obowiązkowym punktem każdego treku w tym rejonie jest również Poon Hill, z którego roztacza się piękna panorama obu masywów.

W tym miejscu moglibyśmy zakończyć naszą wędrówkę, bowiem klasyczny Ananpurna Circuit tutaj właśnie się kończy. My jednak postanowiliśmy  jeszcze przedłużyć nasz trek i udać się do położonego o kilka dni marszu Base Campu. Po dotarciu do położonego na wysokości 4200m n.p.m. nisko zawieszone chmury zasłaniały wszystko. Jednak już dwie godziny później chmury zniknęły całkowicie ukazując niezapomnianą panoramę otaczających nas gór, z których większość przekraczała 7000m. Jest to niewątpliwie najpiękniejsze miejsce jakie widziałem w swoim życiu.

2009-08-06

Dookoła Mont Blanc

Tour du Mont Blanc to niewątpliwie jedna z najpiękniejszych i najbardziej popularnych tras trekingowych w Alpach. Nic dziwnego. Oferuje bowiem to co w górach jest najpiękniejsze – spotkania z niezapomnianymi ludźmi, fantastyczne krajobrazy i mnóstwo czasu na własne przemyślenia.  

Spędziliśmy tu dwa tygodnie, podczas których całkowicie straciliśmy poczucie czasu. Każdy dzień wyznaczany był rytmem codziennego marszu. Bez zmartwień. Bez problemów. Pozostawieni sami sobie i swoim myślom. W tym czasie przeszliśmy prawie 200km w trzech krajach, pokonując całkowitą różnicę wysokości ponad 10 000m. TMB można przejść tak jak zrobiliśmy to my – wędrując od schroniska do schroniska. Można też zaoszczędzić na kosztach noclegów i zabrać ze sobą namiot. W większości miejsc nie ma bowiem problemu z rozbiciem go w sąsiedztwie schroniska.

 

Wszystko zaczęło się w Chamonix, pięknie położonym miasteczku u stóp Białej Góry. Choć jest ono stosunkowo niewielkie to doskonale przygotowane na przyjęcie turystów – zarówno takich jak my, budżetowych, jak i takich dysponujących zasobniejszym portfelem. Niesamowite wrażenie robi ogromna ilość sklepów ze sprzętem turystycznym i sportowym. Można tu kupić w zasadzie wszystko za stosunkowo niewygórowaną cenę.

Trasa treku rozpoczyna się tak naprawdę w Les Houches, położonym kilka kilometrów od Chamonix. Podobnie jak większość wybraliśmy wędrówkę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Trasa była przepiękna. Co i rusz mijaliśmy płynące strumienie, których wody z głośnym łoskotem przetaczały się po ogromnych głazach. W dole słychać było szum wody a ponad nami górowały jęzory lodowców.

W górach zwykle najtrudniejszy jest drugi dzień wędrówki. Ciało nie jest jeszcze przyzwyczajone do zwiększonego wysiłku a zapas energii, który posiadaliśmy wykorzystaliśmy już wczoraj. Podobnie było w naszym przypadku. Z tym, że tutaj doszedł jeszcze nieprawdopodobny upał, wędrówka w kompletnie odsłoniętym terenie, bez nawet skrawka cienia i konieczność podejścia około 1800m. Po dojściu do schroniska byliśmy wykończeni. Dopiero po trzygodzinnej drzemce byliśmy w stanie normalnie funkcjonować. A było warto bo schronisko na Col de la Croix du Bonhomme jest miejscem magicznym.  Położone na prawie 2500mnpm gwarantowało niesamowite widoki. Ale najlepsza część czekała nas dopiero po kolacji. Prowadząca je czwórka chłopaków wyjęła gitary, akrodeon i skrzypce i zaczęła się wspólna zabawa. Na takich wysokościach prąd jest towarem deficytowym, więc siedzieliśmy tak do późnych godzin nocnych w migoczącym świetle świec, podczas gdy za oknem hulał wiatr, a na bezchmurnym niebie iskrzyły się miliony gwiazd.

O trudności TMB decyduje nie tyle wysokość nad poziomem morza, bo ta w najwyższym miejscu sięga „zaledwie” 2756m n.p.m., co ilość podejść i zejść. Tak też było przez kilka kolejnych dni, podczas których opuściliśmy Alpy francuskie i znaleźliśmy się we Włoszech. Przekraczając granicę po raz pierwszy ujrzeliśmy południową ścianę Mont Blanc (po tej stronie już Monte Bianco). Charakterystyczna biała czapa ucinała się tu ostro i spadała pionową ścianą w dół.

Tego dnia naocznie przekonaliśmy się jak szybko cofają się alpejskie lodowce. Rifugio Elisabetta, w którym spędziliśmy kolejną noc, jeszcze kilkanaście lat temu położone było niemal na lodowcu. Dziś są to już dwa osobne lodowce, których czoła znajdują się kilkadziesiąt metrów powyżej schroniska.

O niesamowitej potędze lodowców i gór w ogóle mogliśmy się przekonać już następnego dnia. Znów zeszliśmy nieco z głównej trasy aby móc z bliska podziwiać Glacier du Miage ze znajdującym się przed jego czołem niewielkim jeziorkiem. Nie jest to może miejsce specjalnie romantyczne jednak wywarło na mnie niesamowite wrażenie. To jakby się nagle znaleźć na gigantycznej budowie gdzie budowniczym jest Matka Natura. Siedząc na brzegu, patrząc na głazy wbite w czoło lodowca i słuchając kamieni toczących się i spadających do wody można poczuć się naprawdę nikim w porównaniu do potęgi, jaką dysponuje przyroda. Na całej trasie uświadamiałem to sobie wielokrotnie. Jednak Glacier du Miage był jednym z tym miejsc, gdzie odczułem to najmocniej. Drugim takim miejscem było Rifugio Torino położone na wysokości 3371mnpm, na samym krańcu Glacier du Geant przykrywającego przesławną Vallee Blanche. Po dotarciu do schroniska poczuliśmy się trochę jak w innym świecie. Pokrywający wszystko śnieg i wystające spod niego skaliste szczyty niemalże na wyciągnięcie dłoni. Stojąc na krawędzi lodowca podziwialiśmy biały ogrom Glacier du Geant i sterczącą ponad nim pionową ścianę Aiguilles Marbrees (3535mnpm) oraz dominujące na dalszym końcu Vallee Blanche Aiguille du Plan (3673mnpm) i Dent du Requin (3422mnpm).  

Właściwie to tutaj na iskrzących od słonecznych promieni ośnieżonych stokach Valee Blanche rozpoczęła się najpiękniejsza część naszej wędrówki. Jeżeli jesteś ograniczony czasowo i nie możesz sobie pozwolić na przejście całej trasy TMB to zdecydowanie polecam rozpoczęcie w Courmayeur, po włoskiej stronie i przejście doliną Val Ferret do szwajcarskiego La Fouly. Zajmie to tylko kilka dni i będzie esencją całej trasy, taki TMB w pigułce. Mogę jednak zapewnić, że po tych kilku dniach będziecie chcieli więcej. Bo czas spędzony w górach to nie tylko widoki. To przede wszystkim poczucie całkowitej wolności. Możliwość przebywania sam na sam z własnymi myślami, całkowite oczyszczenie ciała i umysłu. Dlatego też kiedy ponownie ujrzeliśmy Chamonix, leżące w dole doliny, radość mieszała się ze smutkiem. Wiedzieliśmy, że zostało nam jeszcze kilka dni ale to było już TYLKO kilka dni. Po raz pierwszy pojawiła się wizja powrotu do domu, pracy, codziennych obowiązków. Nasza wędrówka dobiegła końca. Były to przepiękne, niezapomniane dwa tygodnie. Wspomnienia pozostaną na zawsze.

2009-08-05

Jbal Toubkal - 4167m n.p.m.

Atlas Wysoki to najwyższe pasmo górskie w północnej Afryce. Pomimo bliskości saharyjskich piasków zimą z powodzeniem można się tu oddawać białemu szaleństwu. W najwyższych partiach gór śnieg nie topnieje nawet latem. Naszym celem było zdobycie najwyższego szczytu pomiędzy Alpami a Kilimandżaro, czyli Jbal Toubkal, wznoszącego się 4167m n.p.m. Na jego osiągnięcie przeznaczyliśmy 7 dni. Mogliśmy więc wybrać dłuższą opcję, obejmującą nie tylko wejście na szczyt ale również obejście wokół całego masywu. Wszystko zaczęło się w Imlilu – niewielkim miasteczku położonym u stóp Jbal Toubkal. Byliśmy jedną z dwóch grup, które wyruszyły na szczyt okrężną drogą. Większość ludzi wybiera bowiem szybkie, dwudniowe podejście. Atlas Wysoki to przede wszystkim bezkresne przestrzenie. Góry niemal zupełnie pozbawione są jakiejkolwiek roślinności. Jedynie nisko w dolinach znajdują się oazy zieleni. Powyżej jest już tylko naga rdzawo – ceglasta skała. Nie ma oznaczonych szlaków w naszym rozumieniu. Idzie się więc ścieżkami wydeptanymi przez nielicznych miejscowych mieszkańców. Bywały takie dni, kiedy w trakcie całodziennego marszu nie spotykaliśmy prawie nikogo. Tylko my i góry. Nie wynajmowaliśmy przewodnika ani tragarzy więc cały nasz dobytek wnosiliśmy na własnych plecach. Jednak możliwość rozbicia namiotów w schronieniu kilkudziesięciometrowej pionowej skały, nad strumieniem z hukiem przetaczającym swe wody po kilkumetrowych głazach oraz   świadomość, że w promieniu kilku kilometrów nie ma poza nami żadnego człowieka wynagradzała każdy trud. Ostatnim etapem naszej wędrówki było wejście na sam szczyt. Schronisko opuściliśmy wcześnie rano. Słońce dopiero wschodziło zza okolicznych gór i temperatura ciągle jeszcze nie przekroczyła zera. Ze względu na wysokość oddychanie z każdym niemal krokiem stawało się trudniejsze. Oblodzona i ośnieżona ścieżka też nie ułatwiała zadania. Jednak uczucie bezwarunkowego szczęścia, graniczące niemal z euforią, które opanowało nas po wejściu na sam szczyt było warte każdego wysiłku. Do tego nieprawdopodobne widoki, otaczające nas zewsząd góry i  świadomość, że w promieniu kilku tysięcy kilometrów nie da się wejść wyżej.

2009-08-05

SAHARA

Chcąc podążyć śladami Laurenca z Arabii (ten znany film kręcony był właśnie w Maroku) udaliśmy się do położonej na południu kraju miejscowości Merzouga. Po kilkugodzinnych negocjacjach zdecydowaliśmy się na zorganizowaną przez lokalne biuro trzydniową wycieczkę jeepem przez Doliny Dades i Todra aż na Saharę. Doliny Dades i Todra, położone na południowy wschód od gór Atlas stanowiły naturalną zaporę chroniącą Maroko przed ludami  pustyni. Dlatego właśnie tu wzniesiono łańcuch umocnień złożony z, rozmieszczonych co kilka kilometrów kazb, czyli zamków zbudowanych z mieszaniny gliny i słomy. Krajobraz dolin jest niezwykle pustynny. Dominuje wszechobecna czerwona skorupa wyschłej gliny. Gdzieniegdzie, w pobliżu przepływających tu niewielkich strumieni, znajdują się jednak osiedla ludzkie otoczone gajami palmowymi. Niesamowite wrażenie sprawiają również spektakularne wąwozy o kilkudziesięciometrowej wysokości. Jednak najbardziej zaskakująca część tej krótkiej wycieczki była dopiero przed  nami. Po dojechaniu do Merzougi wysiedliśmy z auta i dosiadłszy wielbłądów ruszyliśmy w dwugodzinną drogę w głąb pustyni. W trakcie wędrówki do naszego nocnego obozowiska pogoda gwałtownie się załamała.  Na horyzoncie pojawiły się pierwsze chmury i już chwilę później niemiłosiernie palące do tej pory słońce zniknęło. Zrobiło się niemal ciemno. Wzmógł się gwałtowny wiatr a czarno granatowe niebo rozświetlały jedynie rozbiegające się we wszystkich kierunkach błyskawice.

2009-08-04

Maroko- tak się wszystko zaczęło

<Miasta

Naszą marokańską przygodę rozpoczęliśmy od Marrakeszu i tętniącego życiem jego głównego placu - Jemma el Fna. Wieczorem roi się on od zaklinaczy węży, tancerek brzucha, akrobatów i przede wszystkim niezwykle kolorowych straganów z przepysznym jedzeniem. Ogrom placu najlepiej jest zauważalny z tarasów kawiarni znajdujących się wokół niego. Mieni się on tysiącami żarówek rozświetlających poszczególne stragany. Wszechobecny dym miesza się z zapachem przygotowywanych potraw, a nawoływania naganiaczy z dźwiękami instrumentów ulicznych grajków. Charakterystyczny dla mediny (starówki) Marrakeszu jest również kolor zabudowań. Wędrując po jej wąskich uliczkach trudno dostrzec budynki w kolorze innym niż ceglasto – czerwony. Z tego też powodu jest ono często nazywane „czerwonym miastem”. Jak każde większe marokańskie miasto, Marrakesz, oprócz starego miasta, posiada również XIX- wieczne la ville nouveu - dzielnicę zbudowaną przez Francuzów na wzór europejski, pełną przestronnych ulic, okazałych gmachów i kawiarni w stylu paryskim.

Kolejnym odwiedzanym przez nas miastem był Fez z ogromną mediną, w której wąskich uliczkach nieraz zdarzyło nam się zagubić. Niewątpliwie jedną z największych atrakcji Fezu, poza niezliczonymi zabytkami architektury, są garbarnie skóry. Charakterystyczny zapach (a właściwie odór) garbowanej w sposób tradycyjny skóry można  wyczuć z odległości kilkuset metrów. W Fezie postanowiliśmy również odwiedzić hammam, czyli tradycyjną łaźnię arabską. W hammamie - zgodnie z arabską tradycją - toczy się intensywne życie towarzyskie (oczywiście w obrębie jednej płci), plotkuje się i ubija lukratywne interesy. 

Ostatnim odwiedzonym przez nas miastem było Meknes. Słynie ono przede wszystkim z największej i najpiękniejszej w całym Maroku, a według niektórych - w całym świecie arabskim, bramy do mediny.  Jest to monumentalna budowla, niezwykle bogato zdobiona zieloną mozaiką. Tuż obok murów miejskich znajduje się wielka hala mieszcząca setki stoisk  zapełnionych tonami daktyli, słodkich marokańskich słodyczy i różnokolorowych oliwek. Tutaj w pełni można docenić arabski zmysł estetyczny. Wszystko ułożone jest bowiem w idealnie symetryczne kopczyki. Wszystkiego można oczywiście spróbować zanim podejmie się decyzję o zakupie. W ten sposób po półgodzinnym spacerze nie mogliśmy już patrzeć na jedzenie. Jeżeli ktoś jest jednak wystarczająco wytrwały to przed halą rozłożone już są stragany, przy których można zjeść pyszny obiad lub po prostu napić się świeżo wyciskanego soku. Największym chyba powodzeniem cieszył się sok z pędów bambusa.

2009-07-30

Podróż,która zmieni nasze życie

             Są podróże, dzięki którym pokonujemy dystans i przestrzeń.   Są i takie, dzięki którym walczymy z niemożliwym, barierami    i własnymi ograniczeniami.    Niezależnie od tego, którą z nich wybierzemy, zawsze musimy    zrobić pierwszy krok, nie tracąc z oczu celu wyprawy. Nasza

   przygoda rozpocznie się w Krakowie a zakończy…

   ślubem w Ameryce  Łacińskiej.    Włącz się w projekt, który nam pomoże zrealizować własne marzenia,     Jesteśmy dwojgiem ludzi w wieku 31 i 32 lat, którzy poszerzają swoje horyzonty poznając świat i ludzi zamieszkujących najodleglejsze zakątki naszego globu. Na co dzień jesteśmy zwykłą parą, z własnymi dużymi marzeniami, codziennymi małymi sprawami oraz pracą. Jednak od lat naszą prawdziwą pasją jest podróżowanie. Poznaliśmy się w Maroku, we wrześniu ubiegłego roku, podczas jednej z wypraw i od tamtej pory wspólnie podróżujemy przez świat i życie. Udowadniamy sobie i innym, że wymarzone podróże są na wyciągnięcie ręki, nawet bez dysponowania dużymi zasobami finansowymi. Obecnie intensywnie przygotowujemy się do wyprawy do Ameryki Łacińskiej pod nazwą „30 tysięcy mil do ołtarza”. Zamierzamy wyruszyć w drogę na przełomie stycznia i lutego 2010 r., a zwieńczeniem wyprawy będzie nasz ślub.   

ERNESTO GUEVARA

„Bądźmy realistami,żądajmy tego, co niemożliwe”
Podczas wyprawy będziemy odwiedzać zarówno wielkie miasta, jak i miejsca położone z dala od cywilizacji. Nasze zainteresowania nie będą ograniczały się jedynie do popularnych atrakcji turystycznych opisywanych w przewodnikach. Zamierzamy obserwować i uczestniczyć w codziennym życiu zwykłych ludzi. Relacje z naszej wyprawy będą na bieżąco pojawiać się na naszej stronie internetowej a po powrocie planujemy zorganizowanie cyklu pokazów slajdów oraz napisanie książki opisującej doświadczenia z podróży. Nasze dotychczasowe  doświadczenie podróżnicze obejmuje m.in. trzymiesięczną wyprawę do Azji „Pociągiem w Himalaje” (www.traintohimalaya.blogspot.com), wielodniowe trekkingi w Himalajach (Annapurna Circuit, Annapurna Sanctuary), Alpach (www.tour-montblanc.blogspot.com), Atlasie Wysokim (www.hotmorocco.blogspot.com). Celem naszej podróży jest przybliżenie przyjaciołom i ludziom w Polsce zwyczajów i dziedzictwa kulturowego ludów Ameryki Łacińskiej. Pragniemy również zachęcić innych do aktywnych form wypoczynku, poznawania        i przezwyciężania własnych ograniczeń. Wspólną podróżą zamierzamy udowodnić, że ani wykonywana praca ani ograniczenia finansowe nie muszą być przeszkodą dla realizacji wielkich życiowych marzeń.
2009-07-29

Tour du Mont Blanc

Jedna z piękniejszych tras trekkingowych w Alpach. We wrześniu 2006 roku spędziliśmy fantastyczne dwa tygodnie w Alpach wędrując wokół Mount Blanc. Niezapomniani ludzie, fantastyczne krajobrazy i mnóstwo czasu na własne przemyślenia. W dwa tygodnie przeszliśmy prawie 200km w trzech krajach, pokonując całkowitą różnicę wysokości ponad 10 000m. Oto fotograficzny zapis tego co w tym czasie wspólnie przezywaliśmy.

O mnie

30000mildooltarza

30000mildooltarza
Marzenie:

Podróż po Ameryce Południowej i ślub w Buenos Aires

Tagi:

Ameryka ślub podróż góry trekking Himalaje Alpy

Adres bloga:
http://30000mildooltarza.dlaniepokonanych.pl/ Kopiuj i rozsyłaj znajomym.

Zobacz inne blogi